Archive for February, 2002

Sieć handlowa nie jest równomiernie rozmieszczona

Friday, February 22nd, 2002

Handel, a dokładnie budowa dużych sklepów typu super i hipermarekt budzi spore emocje. Drobni kupcy są zaniepokojeni ekspansją gigantów. Twierdzą, że w wyniku konkurencji ze strony zachodnich koncernów handlowych tracą klientów i w konsekwencji muszą zamykać swoje sklepy.

Z opracowania sieci handlowej w mieście przygotowanej w Urzędzie Miasta wynika, że ilość punktów sprzedaży w Częstochowie jest nierównomierne rozłożona.

W centrum jest prawie 40 procent wszystkich w aglomeracji sklepów. Np. tylko przy Al. Najświętszej Maryi Panny znajduje się blisko 100 punktów handlowych.

Dwa tzw. subcentra – osiedle Północ i Raków bardzo się pod tym względem różnią. Na Północy jest 23 proc. powierzchni handlowej, licząc w skali miasta a na Rakowie zaledwie 8 proc. Północ to przede wszystkim Centrum Nadlowe M1 i Promenada o łącznej powierzchni handlowej 55 tys. metrów kwadratowych. Na południu miasta, czyli w dzielnicy Raków jest to tylko 18 tys. m kw. Zdaniem autorów opracowania tam dopiero kształtuje się zintegrowany system handlowy. Jego zasadniczą część stanowią Centrum Handlowe Stowarzyszenia Kupców “Jagiellończycy”, SDH Sezam, supermarkety Intermarche-Bricomarche i pawilon handlowy ze sklepem dyskontowym “Biedronka” i “Komfort”. Można jeszcze wyróżnić w mieście kilka ośrodków lokalnych jak okolice Rynku Wieluńskiego, pawilony przy al. Armii Krajowej czy sklepy w osiedlach spółdzielczych.

Ponadto powstały ośrodki handlowe, których funkcjonowanie ma zdecydowanie ponadmiejski charakter. Są to przede wszystkim supermarkety TESCO, Castorama, Eurocash, Makro Cash and Carry. Podobny charakter będzie miał budowany Carrefour. Niedaleko Częstochowy jest Auchan. Za właściwą uznano lokalizację hipertmarketu OBI na Parkitce w terenie planowanego centrum osiedlowego.

Giganci handlowi jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. Poza wspomnianą inwestycją Carrefour koncern Plaza Centers Poland ma już działkę pod budowę centrum handlowo-rozrywkowego. W planach jest budowa dużego obiektu handlowego między dworcem PKP i PKS.

Tymczasem zatrudnienie w handlu spada. W ostatnich latach z 8977 osób do 7986.

Autorzy opracowania bardzo ostrożnie wypowiadają się o rozwoju wielkich sklepów. Atrakcyjnym terenem dla inwestorów jest obszar w okolicach północnej granicy miasta w rejonie planowanego węzła komunikacyjnego z autostradą A-1. Na Zachodzie lokalizację takich gigantów dopuszcza się w aglomeracjach o zatrudnieniu około 1 miliona osób. U nas byłoby to 600 tys. osób. Gdyby doszło tam do budowy hipermarketów byłoby to zagrożenie dla istniejących placówek handlowych. Dlatego proponują rozważyć wprowadzenie zakazu budowy większych obiektów handlowych w tym rejonie.

Autor artykułu: JANUSZ STRZELCZYK

O Antonim Szuniewiczu – pedagogu i kompozytorze

Friday, February 22nd, 2002

Antoni Szuniewicz urodził się 14 listopada 1911 roku w Leonowiczach na Wileńszczyźnie. Po ukończeniu w 1932 roku Zawodowej Szkoły Organistów im. J. Montwiłła kontynuował naukę w Konserwatorium Muzycznym im. M. Karłowicza.

Studiował pod kierunkiem Władysława Kalinowskiego – profesora gry na organach oraz kompozytora Tadeusza Szeligowskiego. W międzyczasie pracował jako organista w wileńskich kościołach – św. Bartłomieja oraz u o.o. franciszkanów. U nich właśnie zadebiutował jako kompozytor.
Jego “Modlitwa do Boga” została wykonana podczas uroczystości poświęcenia nowych organów. Jako pierwszy miał na nich zagrać sam Feliks Nowowiejski – słynny kompozytor. Antoni Szuniewicz tak wspominał kontakt z nim podczas próby generalnej koncertu.

- Posłuchał mojego utworu i pyta: Czyja kompozycja? Mówię: moja. Wówczas objął mnie i serdecznie pogratulował. To było dla mnie niezapomniane przeżycie. Taki właśnie był mój debiut.

Po ukończeniu studiów w 1939 roku Antoni Szuniewicz planował wyjazd do Paryża na dalsze kształcenie w zakresie kompozycji u słynnej Nadii Boulanger. Niestety, plany te przerwała wojna. Pozostał więc w Wilnie, zarabiając na utrzymanie rodziny jako organista. Współpracę z franciszkanami do końca życia wspominał bardzo dobrze. Gdy później zakonnicy zostali uwięzieni i zesłani do obozu pracy, Antoni Szuniewicz starał się im pomagać, dostarczając żywność i przekazując korespondencję. Wojna powoli się kończyła. Lecz rok 1945 nie przyniósł takiej wolności, jakiej życzyli sobie mieszkający w Wilnie Polacy. Antoni Szuniewicz podjął decyzję o wyjeździe, nazwanym repatriacją.

- Z Wilna wyjechałem w kwietniu 1945 roku wraz z naszym konserwatorium. Mieliśmy do dyspozycji pięć wagonów, zabraliśmy 18 instrumentów. Cały personel pedagogiczny i administracyjny jechał razem. Skierowano nas do Łodzi, niestety nie było tam już miejsca, bo znaleźli tam oparcie profesorowie warszawscy. Zaproponowano nam Olsztyn, ale nie chcieliśmy jechać. Prof. Szeligowski i prof. Szpinalski czynili starania, by zainstalować się bliżej. Po paru miesiącach otrzymali zezwolenie na utworzenie Ludowego Instytutu Muzyki, w którym została część naszych profesorów. Ponieważ nie miałem z czego żyć, a było nas sześć osób: żona, dwoje dzieci, teść, chory szwagier i ja, musialem znaleźć jakieś zajęcie. Akurat przyjechali do Łodzi franciszkanie. Przedstawili mnie ks. biskupowi Jasińskiemu, ówczesnemu ordynariuszowi diecezji łódzkiej.
Na drugi czy trzeci dzień otrzymałem pismo polecające do ks. biskupa katedry częstochowskiej, gdzie miałem objąć posadę organisty. Jak stałem, tak wsiadłem do pociągu – bez biletu, bo jako repatriant miałem prawo jechać na kartę repatriacyjną – udałem się do Częstochowy – opowiadał w prawie trzydzieści lat później.

Antoni Szuniewicz spędził resztę swojego życia w naszym mieście. Był organistą katedry św. Rodziny, dyrygentem jej chóru oraz kierował połączonymi chórami całej diecezji częstochowskiej podczas większych uroczystości m.in. dwóch pierwszych pielgrzymek papieża Jana Pawła II w 1979 i 1983. Zajmował się także pracą pedagogiczną – uczył m.in. w Instytucie Muzycznym, przemianowanym później na Państwową Szkołę Muzyczną I i II Stopnia, w Diecezjalnym Studium Organistowskim i w Niższym Seminarium Duchownym. Cały czas komponował. W jego dorobku dominowały utwory o tematyce sakralnej ? wokalne i wokalno-instrumentalne. W 1969 roku spotkał go wielki zaszczyt ? otrzymał od papieża Pawła VI order “Pro Ecclesia et Pontifice” za zasługi na polu muzyki kościelnej.

Szuniewicz był czynny zawodowo aż do śmierci. W czwartek, 12 marca 1987 roku z powodu nagłej choroby nie przyszedł na cotygodniowe zajęcia z harmonii i kontrapunktu w szkole muzycznej. Zmarł następnego dnia w szpitalu. Odszedł otoczony szacunkiem ludzi. Niestety, nie zobaczył przed śmiercią swojego ukochanego Wilna. Lecz najlepsze lata swojego życia poświęcił przecież naszemu miastu. I chyba czuł się w nim szczęśliwy.

- Kocham swoją pracę. Po prostu kocham muzykę, organy, chóry. Lubię współdziałać z innymi w tworzeniu rzeczy dobrych, wartościowych, służących Polsce, Kościołowi, naszej kulturze. To daje mi ogromne zadowolenie i satysfakcję – tak opowiadał z zapałem.

Twórczość Antoniego Szuniewicza nie została zapomniana. Pod koniec 2001 roku ukazał się nakładem wydawnictwa Paulinianum zbiór utworów chóralnych “Modlitwa do Boga”. Utwory Antoniego Szuniewicza prezentowane były także w trakcie koncertów współorganizowanych przez Zespół Szkół Muzycznych w Częstochowie.

Autor artykułu: JOANNA TOMCZYŃSKA

Śląski Wawrzyn Literacki pod patronatem “DZ”

Friday, February 22nd, 2002

Wybór kolejnych laudatorów pada na książki ważne dla nich samych. Piotr Śliwiński z poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza z wielu poetyckich i prozatorskich wydawnictw wybrał dwa tomiki Bohdana Zadury: “Poematy” oraz “Więzień i krotochwila”.

Laudacja Piotra Śliwińskiego była w istocie szkicem o twórczości Bohdana Zadury, poety, którego wiersze doskonale znane są niewielkiej grupie odbiorców współczesnej poezji. Śliwiński podkreślał, że poetyckie tomiki pisarza nigdy nie były nominowane do prestiżowych nagród literackich, nie bywały modne oraz “czytywane i nagradzane przez literacki establishment”. A jednak to właśnie Bohdan Zadura – poeta o ogromnym dorobku, silnie obecny w świadomości młodych twórców poezji odchodzącej od ,klasycznych kanonów” – zasługuje zdaniem Śliwińskiego na wydobycie z mroku. Nieobecność jego twórczości staje się “tematem do odrobienia”.

Piotr Śliwiński podkreślał, iż już pierwsze, mniej znane utwory Zadury zapowiadały dojrzałą twórczość poety. Moment, w którym badacz upatruje przełomu, nastąpił w latach osiemdziesiątych, kiedy poezja pisarza Zadury była coraz mocniej nasycana szeroko rozumianą literackością, dialogowością i potocznością, pozwalającą czytelnikowi na wielopiętrowy odbiór wierszy. Zadura traktuje odbiorcę jak pełnoprawnego partnera w dyskusji, daje czytelnikowi wybór. Można więc te teksty odczytywać jako intertekstualną grę cytatów, żart literacki czy szkic zakorzeniony w otaczającej poetę rzeczywistości.

Laudator podkreślał, że poznański poeta posiadł umiejętność panowania nad językiem i formą, kunszt osiągania założonego efektu, a przede wszystkim sztukę wsłuchiwania się w rzeczywistość, w codzienność. Zamiast moralizatorstwa, u Zadury Śliwiński znajduje szacunek dla konkretu. Badacza fascynują wiersze, w których budowane są przestrzenie dla spotkań poetów i przyjaciół pisarza, osób konkretnych, określonych. Badacz szczególnie wiele miejsca poświęcił dystansowi, z którym Zadura przygląda się światu, podkreślając jednocześnie istnienie w wierszach wiary w ,poetyckość rzeczy niepoetyckich”. Według Śliwińskiego wiersze poznańskiego poety mogą być interpretowane przez pryzmat estetycznego dydaktyzmu.

Na spotkaniu z poetą stawiła się cała śmietanka śląskiego środowiska młodych poetów. Sam Bohdan Zadura – obecny podczas laudacji – powiedział tylko: – Nie zawsze człowiek jest tak mądry, jak oceniają go krytycy literatury. Jednak tym razem postawione tu tezy wydały mi się aż nadto znajome.

Autor artykułu: JOANNA MALICKA

Twardy marzyciel

Friday, February 22nd, 2002

Sławomir Idziak urodził się w huku bomb i pod ostrzałem karabinów w piwnicy zakładu ,Foto Holas” w śródmieściu Katowic. Był 25 stycznia 1945 roku. Miejsce urodzenia przyniosło mu szczęście – dzisiaj jest jednym z najbardziej znanych na świecie operatorów. Przed kilkunastoma dniami został nominowany do Oscara za zdjęcia do filmu ,Helikopter w ogniu” Ridleya Scotta.

- Miał trzy dni, kiedy Rosjanie wdarli się do zakładu i mieszkania, ostrzelali drzwi i klawiaturę fortepianu. Wyszliśmy z tego cudem – wspomina matka filmowca, Halina Idziak.

,Foto Holas” przy ulicy Staromiejskiej ma długie i barwne dzieje. Na początku XX wieku dziadek Sławomira, Józef Holas, mistrzowsko fotografował mieszkańców Katowic, później ojciec i matka dokumentowali życie ,czarnego Śląska”. Ale historia studia dobiegła właśnie końca. Zakład od stycznia nie istnieje. Nowy właściciel prywatnej kamienicy wymówił lokal.

- Jestem rozgoryczona – przyznaje Halina Idziak, matka Sławomira, od 55 lat członek Związku Polskich Artystów Fotografików. – Radość z osiągnięć syna zatruwa mi poczucie, że nasz dorobek zostanie zmarnowany. Przeglądam archiwa i muszę wybrać tylko to, co istotne. Resztę trzeba wyrzucić. Trudne zadanie. Przed oczami przesuwa mi się ponad 120 lat działalności zakładu.

Sławomir nigdy nie miał wątpliwości, co chce robić w życiu. Cała rodzina właściwie żyła w laboratorium fotograficznym. Każda poważna rozmowa kojarzyła mu się z ciemnią, bo głównie tam prowadził dyskusje z bliskimi. Nigdy nie mogli spokojnie dojechać na wakacje, bo po drodze każdy chciał coś innego sfotografować.

Niedawno pani Halina, przeglądając archiwa ,Foto Holas”, znalazła teczkę z pięknymi zdjęciami. Były to fotografie, które Sławomir zrobił w czasach, gdy przygotowywał się do egzaminów w łódzkiej szkole filmowej.

- Byłam zaskoczona, bo te młodzieńcze zdjęcia są na wysokim poziomie. W sztuce fotografii wiele się zmienia, ale talent łatwo dostrzec – mówi Halina Idziak.

Sławomir miał go po kim dziedziczyć. Rodzice twierdzili, że jest bardzo podobny do swojego dziadka, nie tylko z wyglądu, ale również z charakteru. Józef Holas, gdy tylko podrósł, ruszył w świat ze swojej rodzinnej wsi pod Inowrocławiem. Zachwycił się sztuką robienia zdjęć, pobierał nauki u słynnego w dziejach fotografii Pieperhoffa w Bayreuth. Potem prowadził własne zakłady we Lwowie, Bydgoszczy, Koninie. W końcu przyjechał do Katowic i dopiero tutaj osiadł na stałe.

Jego jedyny wnuk miał rok, gdy dziadek zmarł. Ale podobnie jak on bez przerwy podróżuje i robi zdjęcia. Ciągnie go w obce strony. ,Czasem czuję się jak paczka adresowana do wariata, rzuca mnie po całym świecie. Nie ma w tym żadnego porządku” – przyznawał w wywiadach Sławomir Idziak.

- Ojciec był wybitnym fachowcem, należał do czołówki polskich fotografików – wspomina Halina Idziak, córka Józefa. – W Katowicach odkupił zakład od Niemca Langa, który założył go około 1880 roku. Już wtedy był to dobry punkt w centrum Katowic, z długą tradycją. Ale ja cierpiałam, bo miasto było zniszczone przez działania wojenne, brzydkie. Miałam 14 lat. Nie sądziłam wtedy, że wkrótce pokocham Śląsk, będę fotografować jego mieszkańców, kopalnie i hałdy.

Przed wojną studio ,Foto Holas” zatrudniało kilkanaście osób. Specjalizowało się w pamiątkowych portretach. Dziadek rozmyślał nad kompozycją i ustawieniami światła, a o sprawy bytowe troszczyła się babcia Karolina.

- Usuwała się w cień, bo ktoś musiał trzymać zakład w garści. Dziadek był wrażliwcem, marzycielem, bujał w obłokach. Sławomir ma to po dziadku, a może i po mnie – uśmiecha się pani Halina.

Karolina i Józef Holasowie mieli jedną córkę. Jedynaczka wiedziała, że to ona przejmie po rodzicach dziedzictwo i pasję.

- Nie zastanawiałam się nawet nad innym zawodem – zamyśla się starsza pani o ciepłym wyrazie twarzy. – Nie mogłabym żyć bez fotografii. Dzięki temu poznałam też swojego męża. Byliśmy bardzo szczęśliwym małżeństwem.

Leonard Idziak przybył z Zagłębia na praktykę do znanego zakładu w Katowicach. Dobrze trafił.

- To była miłość od pierwszego wejrzenia – przyznaje pani Halina. – Nasze małżeństwo trwało ponad 60 lat. Uwiecznialiśmy ciężki przemysł Śląska, a ja lubiłam także fotografować modę. Nigdy się nie rozstawaliśmy, gdy nie było to konieczne.

Trzy miesiące temu Leonard Idziak zmarł. Nie był świadkiem likwidacji zakładu. Nie doczekał też nominacji syna do najbardziej prestiżowej nagrody filmowej na świecie.

- I tak zawsze był z niego dumny. Kiedy syn dostał nagrodę w Wenecji, zadedykował ją właśnie swojemu ojcu – mówi pani Halina.

Syn był bardzo związany z ojcem. Ale niewiele brakowało, żeby stracił go w dzieciństwie. W latach 50. Leonarda Idziaka aresztowano za działalność konspiracyjną. Był bity, siedział w więzieniu, ważył się jego los. Pani Halina została sama z trójką dzieci. To były dla niej bardzo trudne lata.

- Na szczęście mąż wrócił do domu. Mogliśmy znowu zająć się pracą i zakładem – wzdycha z ulgą starsza pani.
Dwie córki także interesowały się fotografią, każda po swojemu. Jedna zajęła się później prowadzeniem ,Foto Holas”, druga jest architektem, ale też z pasją robi zdjęcia. Sławomir Idziak po pierwszym roku rzucił studia na polonistyce i podjął przygotowania do egzaminów w łódzkiej filmówce. Wybrał wydział operatorski.

- Nie tylko wspierałam go w tej decyzji, ale mu ją zasugerowałam – wspomina matka. – To było przecież ukoronowanie jego pasji. Nie miałam żadnych wątpliwości, że będzie dobry w tym zawodzie.

Odkąd zaczął studiować, rzadko bywał w domu. Bezustannie zajęty, robił zdjęcia do filmów najlepszych polskich reżyserów. Od dziesięciu lat pracuje tylko na Zachodzie.

- Dzwoni do mnie z każdego miejsca na kuli ziemskiej – mówi matka. – To było oczywiste, że będzie pracował w różnych krajach. Liczyłam się z tym. To ważne, że ma propozycje, które go kuszą.

Sławomir Idziak potrafi też odmawiać. Nie chciał zrobić filmu z Alem Pacino, bo nie podobał mu się scenariusz.
Przyznaje się także do życiowych porażek. Małżeństwa jego dziadków i rodziców były długie i szczęśliwe. Tej tradycji nie udało mu się utrzymać, płacił rozstaniami za ciągłe nieobecności. Z pierwszego małżeństwa ma jedyną córkę Urszulę, studentkę filozofii.

Halina Idziak zapewnia, że jej syn jest wrażliwym na poezję, subtelnym artystą. Nominację do Oscara otrzymał za zdjęcia do ,Helikoptera w ogniu”, filmu brutalnego, opowiadającego o ogarniętej wojną Somalii. Sławomir Idziak opowiadał, że praca była strasznie wyczerpująca, w kurzu i huku…

,Zwykle tak bywa, że marnie płacą za ciężką robotę, więc nie liczyłem na honory – mówił, gdy dowiedział się o nominacji do Oscara. – A tu stało się odwrotnie. Wielka niespodzianka.”

- Jest przyzwyczajony do ciężkiej pracy i jest odważny – mówi matka. – Dostał dobrą szkołę. Często wspólnie z nami robił zdjęcia w trudnym plenerze, głównie hut i kopalń. Wchodził z ojcem do podziemi, zjeżdżał do szybów. Ja nigdy się na to nie zdobyłam.

* * *

SŁAWOMIR IDZIAK – operator, scenarzysta i reżyser filmowy, ur. w 1945 roku w Katowicach, skończył łódzką szkołę filmową w 1969 roku. Jest autorem zdjęć do ponad 50 filmów. Współpracował z Krzysztofem Kieślowskim przy filmach ,Krótki film o zabijaniu”, ,Podwójne życie Weroniki”, ,Niebieski” – za który otrzymał nagrodę w Wenecji. Robił zdjęcia do filmów Krzysztofa Zanussiego ,Bilans kwartalny”, ,Constans”, ,Imperatyw”, ,Rok spokojnego słońca” oraz Andrzeja Wajdy ,Dyrygent”. Współpracował między innymi z Taylorem Hackfordem przy filmie ,Dowód życia”, w którym występował Russel Crowe. Wyreżyserował własny film ,Enak” w 1992 roku. Otrzymał nominację do Oscara za zdjęcia do filmu ,Helikopter w ogniu” Ridleya Scotta.

Autor artykułu: GRAŻYNA KUŹNIK

Grabowski, Machalica, Seniuk

Thursday, February 21st, 2002

Ustrońskie Spotkania Teatralne rozpoczną się 21 marca na scenie Miejskiego Domu Kultury. Jako pierwszy z monodramem “Audiencja” według Bogusława Schaeffera wystąpi Andrzej Grabowski. W niedzielę (24 marca) ustrońskiej publiczności zaprezentuje się Piotr Machalica w spektaklu “Branssens i Okudżawa”. Spotkania zakończy spektakl poetycko-muzyczny, który przedstawi Anna Seniuk. Artystka recytować i śpiewać będzie głównie wiersze Stanisława Balińskiego. Wszystkie spektakle rozpoczynać się będą o 19.00.

Autor artykułu: (ach)

Pływackie mistrzostwa

Wednesday, February 20th, 2002

Ponad 60 zawodników stanęło na starcie Zimowych Mistrzostw Sosnowca w pływaniu. Rywalizowano tylko stylem dowolnym, w czterech kategoriach wiekowych, na dystansach od 25 do 100 m. Najmłodszą uczestniczką zawodów była 6-letnia Katarzyna Chajduga, najstarszym, liczący 61 lat, Zbigniew Dymecki.

* 25 m styl dowolny (do 10 lat), dziewczęta: 1. Katarzyna Misiórska 18,60 s, 2. Aleksandra Moń 18,80 s, 3. Marta Szaranowicz 21,48 s; chłopcy: 1. Filip Lysko 17,80 s, 2. Michał Leksowski 20,37 s, 3. Szymon Klimek 20,60 s. 50 m styl dowolny (do 15 lat), dziewczęta: 1. Katarzyna Misiórska 39,2 s, 2. Justyna Straszak 40,00 s, 3. Monika Sobieraj 40,10 s; chłopcy: 1. Arkadiusz Kula 35,35 s, 2. Grzegorz Maciaszek 35,67 s, 3. Paweł Marek 36,48 s. 50 m styl dowolny (pow. 15 lat), dziewczęta: 1. Anna Kaczorowska 31,11 s, 2. Aleksandra Straszak 36,72 s, 3. Agnieszka Machnik 37,94 s; chłopcy: 1. Jakub Lysko 27,12 s, 2. Arkadiusz Chalecki 28,37 s, 3. Rafał Segda 28,75 s. 100 m styl dowolny (open), kobiety: 1. Anna Kaczorowska 1:07,37 min., 2. Aleksandra Straszak 1:25,53 min., 3. Katarzyna Misiórska 1:29,66 min.; mężczyźni: 1. Jakub Lysko 59,25 s, 2. Sylwester Kuster 1:05,39 min., 3. Arkadiusz Chalecki 1:05,64 min.

Autor artykułu: (wow)

Jak dwie krople wody

Wednesday, February 20th, 2002

Czasem rodzice z trudem je rozróżniają. Gdy były w wieku niemowlęcym, mama dwukrotnie nakarmiła jedną z nich, myśląc, że jeść dostały obie. Magda i Marta przyszły na świat 25 lat temu w Dąbrowie Górniczej. Magda – śmielsza i pogodniejsza, uważana była przez przyjaciół za dziecko, które urodziło się pierwsze.

Los sprawił jednak, że podczas porodu niemowlaki zamieniły się miejscami. Marta urodziła się więc wcześniej o 15 minut. Jest spokojniejsza i poważniejsza.

Egzamin czeladniczy na fryzjera zdawały obie.

- Marta specjalizowała się we fryzurach męskich, ja w damskich. Okazało się, że obie musimy zrobić trwałą. Marcie nie najlepiej to wychodziło, więc pod nieuwagę komisji, zamieniłyśmy się i zrobiłam za nią trwałą. Gdy przyszło do oceniania, egzaminator wziął mnie za rękę, zaprowadził do stanowiska siostry i powiedział: zobacz jak ładnie trwałą zrobiła twoja siostra? – śmieje się Magda Szyniec.
Czasem dziewczyny zamieniały na randkach.

- Kiedyś byliśmy nad Przeczycami pod namiotem. Obecny mąż Magdy, Andrzej, wpadł do namiotu i zaczął się przymilać. Najpierw zdębiałam, potem postanowiłam poczekać, kiedy się zorientuje, że ja to ja. W pewnym momencie zaświeciłam latarkę. Andrzej zgłupiał – opowiada Marta Grotkiewicz.
Obie są fryzjerkami. Kiedy pracowały w jednym zakładzie, klient miał nie lada problem i głowił się, z którą z nich się umówił. Dziś pracują w zupełnie innych zakładach w dwóch różnych miastach. Codziennie jednak się widzą lub rozmawiają ze sobą telefonicznie.

- Czasami łapiemy za telefon w jednym momencie, potem krzyczymy jedna na drugą, że nie można się do niej dodzwonić – mówi Magda.

Bliźniaczki zdają sobie sprawę, że łączy je coś niezwykłego, coś czego nie czuje nawet najbliższe sobie rodzeństwo.
- Gdy się ma coś złego zdarzyć, mamy takie same sny. Obie walczymy z kotami, które nas chcą drapać. Drugim wspólnym snem jest scena, gdy spadamy – mówi Marta. – Magda 2,5 roku temu urodziła Wiktorię. Gdy dzień porodu się zbliżał, obie czułyśmy się bardzo źle. Byłam w zakładzie i czesałam klientkę, gdy nagle poczułam przerażający ból brzucha, o mały włos nie zemdlałam. Gdy zadzwoniłam do rodziców, dowiedziałam się, że Magda rodzi. Był to trudny poród. Gdy Magda z córeczką wróciły ze szpitala, powiedziałam, że dziecko ma mieć na imię Wiktoria. Wyszły przecież obie zwycięsko – dodaje Marta.

Maleńkiej Wiktorii także zdarzało się pomylić, która z sióstr to mama, a która ciocia. Gdy dziecko jest rozdrażnione, najszybciej uspokaja je mama Magda albo ciocia Marta. Gdy tylko może, chce zawsze sypiać z obiema siostrami.
Marta w październiku wyjdzie za mąż. Jej narzeczony ma na imię tak jak mąż Magdy – Andrzej. Bliźniaczka przyrzekła sobie, że jeśli urodzi chłopca, to da mu na imię – Wiktor.

Autor artykułu: PATRYCJA STRĄK

Identyczni czwartoklasiści

Wednesday, February 20th, 2002

Czworo bliźniąt chodzi do czwartych klas Szkoły Podstawowej nr 22. Obydwie pary, chłopcy i dziewczynki, są nie do odróżnienia. Kasia i Magda Laser z IV B są szatynkami, mają identyczne włosy, buzie i jednakowo się ubierają. Żartują, że można je rozróżnić po guzikach przy kraciastych bluzach.

Jedne są metalowe, drugie z plastiku. Dziewczynki prawie się nie rozstają. Siedzą razem w ławce. Mają podobne zainteresowania. Obydwie lubią wf. Kasia jednak woli historię, a Magda język polski. Najbliżsi, siostra i rodzice, rozróżniają je bez problemów, nauczyciele raczej rzadko.
Kamil i Łukasz Łykus uczęszczają do klasy IV A. Kamil twierdzi, że wolałby być jedynakiem, ale chyba sam w to nie wierzy. Obydwaj są bardzo ze sobą zżyci. Kamil marzy, żeby polecieć w kosmos. Nie siedzą razem w ławce i nie lubią ubierać się jednakowo. Najbardziej interesuje ich przyroda, historia, wf, a przede wszystkim informatyka.

- Nasz tata jest informatykiem, zakłada strony internetowe – mówi rezolutnie Kamil. – Obaj lubimy chodzić do kafejek internetowych i zbieramy karty telefoniczne.

Chłopcy mają wspólny pokój, czasem się przekomarzają i nie żałują sobie kuksańców, ale gdyby ktoś chciał skrzywdzić jednego, brat natychmiast stanąłby w obronie.

- Dwie pary bliźniąt chodzą do naszej szkoły po raz pierwszy od dość długiego czasu. Często mają wspólne zainteresowania, wybierają potem jeden zawód. Badania psychologiczne dowodzą, że często bliźniaki, które nie wychowywały się razem i tak mają podobne zainteresowania. Nasze pary są bardzo sympatyczne, dobrze się uczą – tłumaczy Agata Walczak, szkolny pedagog.

Autor artykułu: (A.Z.)

Koniec gehenny

Tuesday, February 19th, 2002

Służby drogowe, wykorzystując wiosenną aurę, rozpoczęły usuwanie ubytków nawierzchni w drogach i na przejazdach tramwajowych. Pisaliśmy o torze przeszkód na dąbrowskich torowiskach. Miło nam donieść, że remont trwa. Wczoraj pracowano na krzyżówce przy ulicach Piłsudskiego i Tysiąclecia oraz przy ulicach Piłsudskiego i Kasprzaka.

- Zostały wymienione szyny torowiska, wykonano także odwodnienie. Pozostało jeszcze zagęszczenie podbudowy i położenie nowej nawierzchni. Prace najprawdopodobniej zakończą się w tym tygodniu. Chyba że zawiedzie pogoda – zastrzega się Zbigniew Kubik, kierownik referatu drogownictwa UM w Dąbrowie Górniczej.

Autor artykułu: (A.Z.)

Szukają gwałciciela

Tuesday, February 19th, 2002

Żywieccy policjanci ujawnili wczoraj, że cały czas szukają gwałciciela, który przed tygodniem zaatakował w mieście dwie kobiety. W ubiegłą sobotę około godz. 4.00 w żywieckim osiedlu 700-lecia próbował wciągnąć za kiosk kobietę w średnim wieku, ale sztuka mu się nie powiodła. Zagrożonej udało się wymknąć. Ponownie zaatakował dwie godziny później w parku obok Wojskowej Komendy Uzupełnień. Policjanci mówią, że mężczyzna zaatakował od tyłu mieszkankę Żywca, obezwładnił ją i zgwałcił. W oparciu o zeznania pokrzywdzonych policjanci sporządzili portret pamięciowy sprawcy. Kobiety zeznały, że napastnik ubrany był w zieloną kurtkę 3/4 w szeroką, brązową kratę. Na głowę naciągnął kaptur. Podkreśliły, że miał kobiece rysy twarzy.

Autor artykułu: (wot)