Sławomir Idziak urodził się w huku bomb i pod ostrzałem karabinów w piwnicy zakładu ,Foto Holas” w śródmieściu Katowic. Był 25 stycznia 1945 roku. Miejsce urodzenia przyniosło mu szczęście – dzisiaj jest jednym z najbardziej znanych na świecie operatorów. Przed kilkunastoma dniami został nominowany do Oscara za zdjęcia do filmu ,Helikopter w ogniu” Ridleya Scotta.
- Miał trzy dni, kiedy Rosjanie wdarli się do zakładu i mieszkania, ostrzelali drzwi i klawiaturę fortepianu. Wyszliśmy z tego cudem – wspomina matka filmowca, Halina Idziak.
,Foto Holas” przy ulicy Staromiejskiej ma długie i barwne dzieje. Na początku XX wieku dziadek Sławomira, Józef Holas, mistrzowsko fotografował mieszkańców Katowic, później ojciec i matka dokumentowali życie ,czarnego Śląska”. Ale historia studia dobiegła właśnie końca. Zakład od stycznia nie istnieje. Nowy właściciel prywatnej kamienicy wymówił lokal.
- Jestem rozgoryczona – przyznaje Halina Idziak, matka Sławomira, od 55 lat członek Związku Polskich Artystów Fotografików. – Radość z osiągnięć syna zatruwa mi poczucie, że nasz dorobek zostanie zmarnowany. Przeglądam archiwa i muszę wybrać tylko to, co istotne. Resztę trzeba wyrzucić. Trudne zadanie. Przed oczami przesuwa mi się ponad 120 lat działalności zakładu.
Sławomir nigdy nie miał wątpliwości, co chce robić w życiu. Cała rodzina właściwie żyła w laboratorium fotograficznym. Każda poważna rozmowa kojarzyła mu się z ciemnią, bo głównie tam prowadził dyskusje z bliskimi. Nigdy nie mogli spokojnie dojechać na wakacje, bo po drodze każdy chciał coś innego sfotografować.
Niedawno pani Halina, przeglądając archiwa ,Foto Holas”, znalazła teczkę z pięknymi zdjęciami. Były to fotografie, które Sławomir zrobił w czasach, gdy przygotowywał się do egzaminów w łódzkiej szkole filmowej.
- Byłam zaskoczona, bo te młodzieńcze zdjęcia są na wysokim poziomie. W sztuce fotografii wiele się zmienia, ale talent łatwo dostrzec – mówi Halina Idziak.
Sławomir miał go po kim dziedziczyć. Rodzice twierdzili, że jest bardzo podobny do swojego dziadka, nie tylko z wyglądu, ale również z charakteru. Józef Holas, gdy tylko podrósł, ruszył w świat ze swojej rodzinnej wsi pod Inowrocławiem. Zachwycił się sztuką robienia zdjęć, pobierał nauki u słynnego w dziejach fotografii Pieperhoffa w Bayreuth. Potem prowadził własne zakłady we Lwowie, Bydgoszczy, Koninie. W końcu przyjechał do Katowic i dopiero tutaj osiadł na stałe.
Jego jedyny wnuk miał rok, gdy dziadek zmarł. Ale podobnie jak on bez przerwy podróżuje i robi zdjęcia. Ciągnie go w obce strony. ,Czasem czuję się jak paczka adresowana do wariata, rzuca mnie po całym świecie. Nie ma w tym żadnego porządku” – przyznawał w wywiadach Sławomir Idziak.
- Ojciec był wybitnym fachowcem, należał do czołówki polskich fotografików – wspomina Halina Idziak, córka Józefa. – W Katowicach odkupił zakład od Niemca Langa, który założył go około 1880 roku. Już wtedy był to dobry punkt w centrum Katowic, z długą tradycją. Ale ja cierpiałam, bo miasto było zniszczone przez działania wojenne, brzydkie. Miałam 14 lat. Nie sądziłam wtedy, że wkrótce pokocham Śląsk, będę fotografować jego mieszkańców, kopalnie i hałdy.
Przed wojną studio ,Foto Holas” zatrudniało kilkanaście osób. Specjalizowało się w pamiątkowych portretach. Dziadek rozmyślał nad kompozycją i ustawieniami światła, a o sprawy bytowe troszczyła się babcia Karolina.
- Usuwała się w cień, bo ktoś musiał trzymać zakład w garści. Dziadek był wrażliwcem, marzycielem, bujał w obłokach. Sławomir ma to po dziadku, a może i po mnie – uśmiecha się pani Halina.
Karolina i Józef Holasowie mieli jedną córkę. Jedynaczka wiedziała, że to ona przejmie po rodzicach dziedzictwo i pasję.
- Nie zastanawiałam się nawet nad innym zawodem – zamyśla się starsza pani o ciepłym wyrazie twarzy. – Nie mogłabym żyć bez fotografii. Dzięki temu poznałam też swojego męża. Byliśmy bardzo szczęśliwym małżeństwem.
Leonard Idziak przybył z Zagłębia na praktykę do znanego zakładu w Katowicach. Dobrze trafił.
- To była miłość od pierwszego wejrzenia – przyznaje pani Halina. – Nasze małżeństwo trwało ponad 60 lat. Uwiecznialiśmy ciężki przemysł Śląska, a ja lubiłam także fotografować modę. Nigdy się nie rozstawaliśmy, gdy nie było to konieczne.
Trzy miesiące temu Leonard Idziak zmarł. Nie był świadkiem likwidacji zakładu. Nie doczekał też nominacji syna do najbardziej prestiżowej nagrody filmowej na świecie.
- I tak zawsze był z niego dumny. Kiedy syn dostał nagrodę w Wenecji, zadedykował ją właśnie swojemu ojcu – mówi pani Halina.
Syn był bardzo związany z ojcem. Ale niewiele brakowało, żeby stracił go w dzieciństwie. W latach 50. Leonarda Idziaka aresztowano za działalność konspiracyjną. Był bity, siedział w więzieniu, ważył się jego los. Pani Halina została sama z trójką dzieci. To były dla niej bardzo trudne lata.
- Na szczęście mąż wrócił do domu. Mogliśmy znowu zająć się pracą i zakładem – wzdycha z ulgą starsza pani.
Dwie córki także interesowały się fotografią, każda po swojemu. Jedna zajęła się później prowadzeniem ,Foto Holas”, druga jest architektem, ale też z pasją robi zdjęcia. Sławomir Idziak po pierwszym roku rzucił studia na polonistyce i podjął przygotowania do egzaminów w łódzkiej filmówce. Wybrał wydział operatorski.
- Nie tylko wspierałam go w tej decyzji, ale mu ją zasugerowałam – wspomina matka. – To było przecież ukoronowanie jego pasji. Nie miałam żadnych wątpliwości, że będzie dobry w tym zawodzie.
Odkąd zaczął studiować, rzadko bywał w domu. Bezustannie zajęty, robił zdjęcia do filmów najlepszych polskich reżyserów. Od dziesięciu lat pracuje tylko na Zachodzie.
- Dzwoni do mnie z każdego miejsca na kuli ziemskiej – mówi matka. – To było oczywiste, że będzie pracował w różnych krajach. Liczyłam się z tym. To ważne, że ma propozycje, które go kuszą.
Sławomir Idziak potrafi też odmawiać. Nie chciał zrobić filmu z Alem Pacino, bo nie podobał mu się scenariusz.
Przyznaje się także do życiowych porażek. Małżeństwa jego dziadków i rodziców były długie i szczęśliwe. Tej tradycji nie udało mu się utrzymać, płacił rozstaniami za ciągłe nieobecności. Z pierwszego małżeństwa ma jedyną córkę Urszulę, studentkę filozofii.
Halina Idziak zapewnia, że jej syn jest wrażliwym na poezję, subtelnym artystą. Nominację do Oscara otrzymał za zdjęcia do ,Helikoptera w ogniu”, filmu brutalnego, opowiadającego o ogarniętej wojną Somalii. Sławomir Idziak opowiadał, że praca była strasznie wyczerpująca, w kurzu i huku…
,Zwykle tak bywa, że marnie płacą za ciężką robotę, więc nie liczyłem na honory – mówił, gdy dowiedział się o nominacji do Oscara. – A tu stało się odwrotnie. Wielka niespodzianka.”
- Jest przyzwyczajony do ciężkiej pracy i jest odważny – mówi matka. – Dostał dobrą szkołę. Często wspólnie z nami robił zdjęcia w trudnym plenerze, głównie hut i kopalń. Wchodził z ojcem do podziemi, zjeżdżał do szybów. Ja nigdy się na to nie zdobyłam.
* * *
SŁAWOMIR IDZIAK – operator, scenarzysta i reżyser filmowy, ur. w 1945 roku w Katowicach, skończył łódzką szkołę filmową w 1969 roku. Jest autorem zdjęć do ponad 50 filmów. Współpracował z Krzysztofem Kieślowskim przy filmach ,Krótki film o zabijaniu”, ,Podwójne życie Weroniki”, ,Niebieski” – za który otrzymał nagrodę w Wenecji. Robił zdjęcia do filmów Krzysztofa Zanussiego ,Bilans kwartalny”, ,Constans”, ,Imperatyw”, ,Rok spokojnego słońca” oraz Andrzeja Wajdy ,Dyrygent”. Współpracował między innymi z Taylorem Hackfordem przy filmie ,Dowód życia”, w którym występował Russel Crowe. Wyreżyserował własny film ,Enak” w 1992 roku. Otrzymał nominację do Oscara za zdjęcia do filmu ,Helikopter w ogniu” Ridleya Scotta.
Autor artykułu: GRAŻYNA KUŹNIK