Podczas piątkowego inauguracyjnego konkursu w fińskim Kuopio Adam Małysz stanął na najwyższym stopniu podium. W sobotę był drugi za Risto Jussilainenen. Dla kibiców z rodzinnego miasta skoczka tak wysokie wyniki nie były zaskoczeniem. W Wiśle wszyscy wierzyli w sukces “Króla Nart”.
Piątek godz. 17.00. Ośnieżone ulice Wisły są puste. Jakby miasto wymarło. Wszyscy przed telewizorami w domach lub knajpach. Nawet na stacji benzynowej ślęczą przed ekranem. – Pierwsze miejsce będzie. Może nie w pierwszej serii, ale wygra – mówi Piotr Babicki, który z kolegami spotkał się w barze U Bociana w Wiśle – jaskini kibiców Małysza. Kufle brzęczą, rozmowy toczą się wokół jednego tematu. – Na pudle Adam stanie na stówę – gorączkuje się Zygmunt Kamiński, który jak zwykle siedzi przy jednym stole z wujem Adama, Jerzym Małyszem. – Jestem spokojny o wynik. Boję się tylko, że zawodnicy skaczą przy sztucznym świetle. Adam nie lubi wieczornych konkursów – ściska kciuki pan Jerzy.
Zaraz Adam ma skoczyć, w barze robi się coraz głośniej. W ruch idą dzwonki, na stół rozlewa się piwo z unoszonych do góry kufli. Hałas. – Aadaaam! Dawaj! – rozlegają się okrzyki. W końcu skok. Ludzie wstają i zamierają. – 123,5 m i 6 miejsce po pierwszej serii – woła z telewizora komentator. W barze furia radości. – W drugiej serii Adam pójdzie na całość. Zobaczy pan – zapowiada Kamiński. Dym w lokalu gęstnieje. Atmosfera robi się coraz bardziej napięta. Im bliżej skoku Adama, tym bardziej kibice są podekscytowani. – Szlaki mu rzućcie – drwią z Austriaka Andreasa Goldbergera goście U Bociana. W końcu Małysz po raz drugi pojawia się na rozbiegu. Odbija się i szybuje, a z nim cała knajpa. Ludzie wstają z miejsc. Zaciskają kciuki, walą w dzwonki, krzyczą. – Jest! Ale dowalił! – rozlega się okrzyk. W górę idą kufle, bar śpiewa “Sto lat!”. Sąsiad gratuluje sukcesu Adama sąsiadowi. Oczy wielkich chłopów zachodzą mgłą i nie mogą oderwać się od wyniku 126,5 m Małysza.
- Inni nie wytrzymali. Adam wygrał wojnę psychologiczną. Jest mocarzem – ledwo wykrztusił Piotr Szarzec, prezes fanklubu Bocian. – Mówiłem, że trzeba być spokojnym o wynik. Poszedł na całość – uśmiecha się Jerzy Małysz. – Zawsze wierzyłem w Adama i będę wierzył – dodaje wuj skoczka.
Sobota. Ta sama pora. Ulice Wisły znowu puste. Niektórym mieszkańcom dzielnic Wisły konkurs skoków przyćmiła (i to dosłownie) awaria prądu. Gałęzie drzew nie wytrzymały ciężaru padającego śniegu i pękając pozrywały przewody elektryczne. W kilku domach sympatycy Małysza nie zobaczyli transmisji.
- To byłaby tragedia, gdyby przydarzyło się to nam w czasie skoków – uważa Jerzy Kufa, właściciel lokalu Kufa Jama w centrum miasta. Przyznaje, że choć u niego nie ma szału na konkursy, bo większość gromadzi się U Bociana, to stali kibice przychodzą. – Patrzymy ze spokojem na sukcesy Adama. Kibicujemy na zasadzie rozsądku, każde miejsce w czołówce jest dobre. Nie musi być pierwsze. Konkurencja jest ostra i powtórzenie sukcesu z ubiegłego roku będzie trudne. Teraz olimpiada i każdy na Małysza się szykuje – mówi Kufa.
W innych lokalach nie ma tłumów. Ci, którzy przyszli, zobaczyli tylko pierwszą serię i rozeszli się do domów, by u siebie dopingować wiślanina. Małyszowi kibicowali też kierowcy wracający z Rajdu Cieszyńska Barbórka. Gdy skoczył Martin Schmitt, a po nim Risto Jussilainen i wiadomo było, że Adam będzie drugi, w restauracji Olimpia, nie było jęku zawodu.
- Dobre miejsce. Wczoraj był pierwszy, dziś drugi. To najlepszy zawodnik na świecie. Wszystko przed nim. Dopiero się sezon zaczął i Małysz będzie kosił rywali jak przedtem. Psychicznie dojrzał do zwycięstw i będzie wygrywał – ocenia Włodzimierz Solipiwko z Katowic.
To dopiero początek sezonu i szału Małyszomanii…
Autor artykułu: ŁUKASZ KLIMANIEC WOJCIECH TRZCIONKA