Dealerzy zastanawiają się nad zwolnieniami, mechanicy trzymają ręce w kieszeniach, sprzedawcy części zamykają wcześniej sklepy. Branża motoryzacyjna, która na Śląsku jeszcze do niedawna pozwalała szybko nabić kasę, znalazła się w niespotykanych opałach. Załamanie na rynku samochodów w ubiegłym roku rodziło tylko niepokój, ale teraz zaczyna budzić panikę: prócz drastycznego zmniejszenia zysków zarówno w sprzedaży jak i w usługach może doprowadzić do wzrostu bezrobocia.
- Według wywieszki handluję do piątej, ale już o wpół do czwartej jem obiad w domu – przyznaje właściciel sklepu z częściami do samochodów w Chorzowie. Klientów ubyło, obroty zmniejszyły się o około 30 procent. – Jeżeli dalej tak będzie, chyba zmienię branżę, bo ten interes powoli przestaje się opłacać – dodaje.
Takich sklepów w całej aglomeracji są setki. Nie mniej jest warsztatów samochodowych, które recesja dotknęła bez względu na specjalizację. Pracy nie mają blacharze, lakiernicy, mechanicy. Choć z nowymi pojazdami niewiele mieli do czynienia, nudzą się z powodu bessy na giełdzie. Ponieważ sprzedaż samochodów używanych kuleje tak samo jak nowych, więc cierpi cały rynek usług nastawionych na ten segment rynku.
- Prowadzę firmę od pięćdziesięciu lat. Przez podwórko zawsze trudno było się przecisnąć, tyle czekało na nim samochodów. Teraz zlecenia wykonuję od ręki – twierdzi właściciel warsztatu blacharskiego w południowej dzielnicy Katowic.
Sytuację najlepiej przedstawia poziom sprzedaży samochodów nowych, gdzie statystyki są dokładne: jeśli w 1999 roku była ona wyższa w porównaniu do roku 1998 o 23 procent, w roku ubiegłym spadła o prawie tyle samo. I jeżeli przez ostatnie lata dealerzy przyzwyczaili się do ciągłego wzrostu obrotów i uważali go za rzecz normalną, to spadek sprzedaży, który w tym roku może się jeszcze pogłębić, doprowadził u nich do głębokiej frustracji.
- Dołek jest wypadkową podwyżek cen paliwa, wzrostu kosztów inwestycyjnych i ogólnego zubożenia społeczeństwa – ocenia Piotr Śliwka, dealer Skody, który przyznaje, że na Śląsku jest wyjątkowo źle: – W ostatnich latach dealerzy Skody z Warszawy nie mogli mnie dogonić. Dziś to ja jestem w tyle – dodaje.
Dealerzy nie ukrywają, że jedną z przyczyn boomu na Śląsku były odprawy wypłacane górnikom odchodzącym z kopalń. Górnicy nie inwestowali kilkudziesięciu tysięcy złotych w otwarcie własnego interesu, ale często udawali się z nimi po samochód. To z tego powodu sprzedaż szła doskonale wszędzie tam, gdzie likwidowano nierentowne kopalnie. W tym roku liczba wypłacanych odpraw zmalała i górnicy przestali kupować. Sprzedawcy przyzwyczajeni do wysokich obrotów tym bardziej boleśnie to odczuli.
- Każdy salon planuje sprzedaż pewnej ilości samochodów. Wszystko dobrze, jeżeli prognozy się sprawdzają. Ale przy gwałtownym spadku cała organizacja pracy, ustawienie ludzi, to wszystko bierze w łeb – mówi jeden z dealerów Fiata.
- Rachunek jest prosty: jeżeli w salonie przy sprzedaży pracuje dziesięć osób, a obroty zmniejszają się na przykład o dwadzieścia procent, to dwie osoby nie mają co robić – wyliczał “DZ” już kilka miesięcy temu Jan Mucha, dealer Opla z Mikołowa.
Można się spodziewać, że bezruch, jaki zapanował w salonach samochodowych, doprowadzi do ruchów kadrowych. Na razie jednak nikt nie chce się przyznawać, że już kogoś zwolnił lub zamierza.
- Nie zmniejszyłem zatrudnienia, ale rozważam taką możliwość – mówi Henryk Pineles, który sprzedaje Opla w Bytomiu.
Wielcy śląscy producenci z branży motoryzacyjnej są w lepszej sytuacji niż zakłady w innych regionach kraju.
Produkują na eksport i załamanie krajowego rynku nie dotyka ich tak bardzo. 90 procent wytwarzanego przez Opel Polska modelu agila wysyłane jest za granicę, do dwudziestu krajów. Podobnie jest z dieslowskimi silnikami Isuzu produkowanymi przez zakład w Tychach. Gdy takie firmy jak Daewoo czy Fiat ograniczały zatrudnienie, japońska fabryka ulokowana w specjalnej strefie ekonomicznej szykowała się do uruchomienia trzeciej zmiany i przyjmowała tysięcznego pracownika.
Nie zmienia to jednak faktu, że drobni producenci części, którzy zaspokajają sklepy i giełdy samochodowe, znaleźli się pod kreską.
Kto ponosi winę za motoryzacyjną bessę? Niewątpliwie państwo. Sprzedaż samochodów jest u nas obciążona najwyższymi podatkami w Europie. Od dawna stosowana jest zasada, w myśl której dziury w budżecie łatane są podwyżkami akcyzy za auta i benzynę. Jest to polityka krótkowzroczna, ponieważ maleją obroty w całej branży, w rezultacie czego do kasy państwa spływa znacznie mniej pieniędzy, niż gdyby ludzie masowo kupowali tańsze samochody.
Bessę powoduje także niepewność co do przyszłych cen i plotki o ich skoku. Tak jest w przypadku gazu LPG, który – jak się mówiło jesienią ubiegłego roku – miał podrożeć nawet o złotówkę. Właścicielom warsztatów montujących instalacje gazowe wiadomość ta zwiastowała prawdziwą katastrofę; w ciągu kilkunastu dni stracili klientów. Na Śląsku takich zakładów jest kilkaset, w samych Katowicach dwadzieścia, a po aglomeracji takich samochodów jeździ najwięcej w Polsce. Część firm montujących instalacje już padła, inne ratowały się zmianą profilu działalności. Do dziś sytuacja firm przerabiających auta na LPG nie poprawiła się, a gaz zdrożał tylko nieznacznie.
Na marną kondycję branży motoryzacyjnej wpływa nawet pogoda. Brak zimy doprowadził do rozpaczy właścicieli zakładów wulkanizacyjnych, którzy już w listopadzie ubiegłego roku przedłużali godziny pracy żeby nadążyć z wymianą opon letnich na zimowe.
- Przed rokiem o tej porze po zimówkach pozostało mi wspomnienie. Teraz mam jeszcze całkiem spory zapas. Wszyscy chcą jakoś przetrzymać do wiosny – mówi Mariusz Dąbek z firmy Gumix w Katowicach.
Autor artykułu: ADAM WOŹNIAK